Wirus wiele zmienił w dziedzinie usług medycznych, ale i mocno wpłynął na nasz styl życia. Już odczuwamy różne skutki: te fatalne i te trochę mniej. Jak zadbać o swoje serce i kondycję w trudnych czasach, radzi doktor Robert Gajda.

Bio: Doktor Robert Gajda, kardiolog, internista, lekarz sportowy, właściciel Grupy Gajda-Med, która zatrudnia ponad 600 osób, w tym ponad 200 lekarzy. W skład Grupy wchodzą m.in. Szpital oraz Centrum Kardiologii Sportowej w Pułtusku. Doktor prowadzi poradnię kardiologiczną i medycyny sportowej, pracuje również naukowo zajmując się tematyką związaną głównie z uprawianiem sportu (dyscypliny wytrzymałościowe) i jego wpływem na serce. Sam jest sportowcem, biegaczem, maratończykiem. Wielokrotnie zdobywał tytuł Mistrza Polski Lekarzy w kategoriach Master na dystansach od 400 m do półmaratonu. Zaliczył dziesiątki biegów ulicznych na dystansach od 5 km do maratonu. Kilkukrotnie zdobył tytuł Mistrza Świata Medyków na dystansie 1500 metrów (M45, M55).

Jak ocenia Pan doktor skutki wiosennego lockdownu?

Fatalnie! Gdybym miał ocenić spustoszenie, jakie powoduje wirus, skutki zamknięcia przychodni w tym kardiologicznych, to myślę, że straty są nieporównywalnie gorsze. Owszem, wielu ludzi ciężko choruje na wirusa Sars Cov-19, ale tak naprawdę nie wiemy ile osób zmarło, bo nie przyszło na wizytę do lekarza, nie wykupiło leków na nadciśnienie, nie zgłosiło się na pogotowie, ani do szpitala w przypadku udaru, czy problemów z sercem. Nie mamy jeszcze badań statystycznych, ale jako kardiolog jestem pewien, że żniwo tego pół roku bez badań i z mniejszą ilością hospitalizacji będzie zauważalne. Pandemia nas zaskoczyła i wymusiła skok technologiczny w postaci teleporad, e- skierowań, e-recept, ale nie zawsze da się zastąpić spotkanie lekarza z pacjentem.

Jak ważny jest taki bezpośredni kontakt?

Doświadczony lekarz kardiolog zbiera większość informacji podczas obserwacji pacjenta, zwraca uwagę na to, w jaki sposób wchodzi do gabinetu, czy się męczy, gdy przygotowuje się do badania, mówi, oddycha. Po jego ruchach, zachowaniu, widzimy, czy ma bezdech, ile kosztuje go wysiłek. Nawet, zanim przystąpimy do badania, możemy już zauważyć, że ma problemy i wymaga od nas dużo czasu i uwagi. Podczas rozmowy telefonicznej nie jesteśmy w stanie tego wszystkiego wyłapać.

Czy zauważa pan doktor jakiś pozytywny efekt z teleporad?

Oczywiście, wypada sporo wizyt, które są niepotrzebne i nieuzasadnione. Zdarzali się pacjenci, którzy nudzili się w domach i przychodzili posiedzieć w poczekalni, porozmawiać z lekarzem. Covid pokazał, że może być mniej takich wizyt.

Co jeszcze w czasie lockdownu było niemożliwe?

W kardiologii, ale nie tylko, pacjenci byli odsunięci od lekarzy, ale stanęła też niemal cała diagnostyka. Po pierwsze, pielęgniarki, technicy, nie wykonywali badań ze względów na swoje bezpieczeństwo, a po drugie, wiele z nich zostało w domu, aby zajmować się dziećmi, które nie chodziły do przedszkola, szkoły. Brakowało zatem personelu, który mógłby zrobić Holtera, echo serca. Ja pracowałem cały czas, ale mimo szczerych chęci, nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, bo część badań, jak np. próba wysiłkowa, wymaga asysty. Na zebraniach w szpitalu oceniamy liczbę „niedowykonanych” badań w poradniach specjalistycznych i okazuje się, że jest ona bardzo duża.

Czy strach wpływał też na reakcje pacjentów?

Oczywiście, nawet ludzie ze skierowaniami nie zgłaszali się do placówek zdrowia. Bali się położenia do szpitala, kontaktu z innymi, a łóżka na salach były puste. Pacjenci, których widywałem zwykle, co dwa, trzy tygodnie po prostu zniknęli. Dziś już trochę przyzwyczailiśmy się do tej sytuacji, pacjenci pojawiają się, ale początki były straszne.

Z drugiej strony rośnie grupa ludzi ignorujących zasady higieny, noszenie maseczek i samą chorobę covid…

Rzeczywiście są i tacy. Ludzie są zmęczeni pandemią, ale to absolutnie nie powinno zwalniać nas z czujności i stosowania zasad, higieny, utrzymywania dystansu. Ale zarówno media, jak i sami specjaliści, naukowcy, urzędnicy mają w tym trochę swojego udziału. Najpierw mówiło się, że maseczki nie są skuteczne, potem, że trzeba je nosić. Jako dyrektor szpitala wciąż czytam kolejne informacje i wytyczne z urzędów. Zdarza się, że nim wdrożymy jedną zasadę, zaraz się coś zmienia. Ale nie ma co mieć o to żalu do nikogo, tak dzieje się wszędzie na świecie. Zbyt mało jeszcze wiemy o wirusie, a sytuacja zaskoczyła nas wszystkich. Jednak kolejnego całkowitego lockdownu nie wytrzymałaby, ani gospodarka, ani służba zdrowia, więc musimy nauczyć się z tym żyć. Wydaje mi się, że dziś wirus jest wprawdzie bardziej zaraźliwy, ale trochę złagodniał. Naukowcy mówią, że wirus, żeby przetrwać, musi zakażać, ale nie zabijać, jest bowiem całkowicie zależny od ludzi, swoich gospodarzy i żywicieli. My, w Polce, stosunkowo łagodniej to przeszliśmy niż na przykład Włosi. Ale wciąż trudno o ocenę, czy dlatego, że podjęto szybko decyzje o lockdownie, czy może znosimy to trochę lżej? Nie ma na razie wystarczających badań, jak reagują poszczególne nacje, rasy, czy na odporność na wirusa covid wpływają jakieś wykonane już szczepienia.

Czy z pana obserwacji wynika, że ten czas wpłynął na nasz styl życia?

Na pewno ludzie mniej się ruszali i więcej jedli, ale trochę trudno się dziwić. To tak, jakby siedzieć przy świątecznym stole i nic nie jeść. Zostaliśmy zamknięci w domach, lodówki były pełne i w dodatku byliśmy zestresowani. Trudno przy takich przeciwnościach utrzymać dietę i aktywność. Większość ludzi przytyła, spadła im wydolność, pogorszył się stan zdrowia. Z kolei pacjenta kardiologicznego, który ma problemy z oddychaniem, chodzeniem, zwykle ciężko namówić na przejście choćby stu metrów, a co dopiero podczas izolacji…

Jednak bez aktywności i diety nie ma zdrowia.

Tak, ta są dwa kluczowe elementy niezbędne do utrzymania dobrego stanu zdrowia. Można dużo mówić o pozytywnych skutkach aktywności językiem medycznym. Warto jednak powiedzieć po prostu, że osoba, która zdrowo się odżywia i dużo się rusza, biega, pływa, jeździ na rowerze, będzie miała zdrowe dzieci, raczej nie dostanie udaru mózgu, zawału, choroby Alzheimera, ustrzeże się przed wieloma chorobami onkologicznymi. Wprawdzie będzie żyła tylko ze dwa, trzy lata dłużej od tego, który się nie rusza, ale jej komfort życia będzie nieporównywalny, począwszy od możliwości wiązania butów, po jakoś snu.

Czy ma pan doktor jakąś „receptę na sport”?

Aby prowadzić zdrowy styl życia na pewno trzeba to lubić i traktować jako codzienny relaks, wytchnienie. Warto się przyzwyczaić i w aktywności znaleźć frajdę. Nie można się do tego zmuszać. Ja traktuję trening sportowy jak codzienną higienę, choćby mycie zębów. Ale to także moja pasja. Jestem biegaczem, sportowcem, trenuję codziennie od 45 lat. Im jestem starszy, trochę wolniej biegam, ale czuję się doskonale. Cieszę się życiem i jestem zdrowy. Trening mogę zrobić wszędzie, nawet w pokoju dwa na dwa, czy na lotnisku. Zdarzało mi się i w takim miejscu kręcić kółka… W pandemii też nie odpuściłem ani jednego treningu, biegałem, chodziłem na rower. Gdybym go nie zrobił dziś rano, pewnie dłużej siedziałbym w pracy, byłbym zdenerwowany, nie miał czasu, ani energii na nasz wywiad.

A jak rozpocząć bieganie?

Trzeba pamiętać, że bieganie nie jest dla wszystkich, raczej dla niewielkiej grupy osób. Przy tej decyzji ważny jest nasz wiek, waga, stan układu mięśniowo-kostnego. Nim zaczniemy biegać, warto ocenić swój stan zdrowia, serca, narządu ruchu, choćby zapytać o to lekarza rodzinnego. Ale prawie każdy człowiek może chodzić. Efektywny jest szybki chód, nie taki od witryny sklepowej po centrum handlowym, ale przejście pewnego dystansu energicznym krokiem. Dla kogoś z problemami zdrowotnymi, sercowymi polecam rower stacjonarny. Przyjdzie taki moment, że zaczniemy się przyzwyczajać do pewnych zachowań, a w dodatku sprawi nam to przyjemność i zaobserwujemy, że lepiej się czujemy i mamy dobrą kondycję. Wtedy można sięgać dalej – rozszerzać aktywność i czerpać z niej coraz więcej frajdy i zdrowia przy okazji.

Rozmawiała: Monika Głuska-Durenkamp

Skip to content